top of page
Szukaj

Magiczny, lekko chaotyczny i… całkiem nasz. Czyli jarmark w Katowicach na moje oko.


Nie samą modą człowiek żyje, więc dzisiaj spacer by poczuć atmosferę Świąt. Katowicki rynek ma dwie twarze. W ciągu roku bywa betonową pustynią, przez którą przebiega się w drodze na tramwaj. Ale od końca listopada dzieje się z nim coś na kształt miejskiego cudu: wyrastają drewniane domki, rozświetla się choinka, a z każdego rogu pachnie czymś, co dietetycy omijają szerokim łukiem.

Tegoroczny Jarmark Bożonarodzeniowy w Katowicach – od 21 listopada aż do 6 stycznia 2026 roku – to już nie „impreza”, tylko osobna pora roku. Takie katowickie „przedświęta w wersji maxi”, rozlane na półtora miesiąca.

Mega Młyn i wielkie „wow”

Nie da się ukryć: pierwsze skrzypce w tym świątecznym teatrze gra 33-metrowy Mega Młyn, czyli diabelski młyn, który dominuje nad rynkiem jak świąteczna latarnia morska. Kto miał jeszcze wątpliwości, czy Katowice to na pewno „duże miasto”, ten po spojrzeniu na tę konstrukcję przestaje dyskutować.

Kolejka do gondoli to osobny spektakl: dzieci, które koniecznie chcą „jeszcze raz”, dorośli, którzy udają, że wcale nie boją się wysokości, i pary robiące sobie selfie przy co drugim kroku. Z góry widać dokładnie to, co w Katowicach najlepsze: miks starego z nowym, trochę chaosu, trochę uroku – a wszystko to oblane gęstym sosem światełek.

Tuż obok kręci się karuzela wiktoriańska, odświeżona na ten rok i dopieszczona w dekoracjach. Jest w niej coś tak nostalgicznego, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę przyszedł tu tylko „na chwilę, po oscypka”.

Między reniferem a fotobudką 360

Organizatorzy postanowili, że w tym roku nie ma zmiłuj – Instagram musi być zadowolony. Są więc ogromne sanie z zaprzęgiem reniferów, które wyglądają jak gotowy kadr z świątecznej komedii, świetlne kopuły i inne dekoracje stworzone dokładnie po to, żeby człowiek powiedział: „dobra, jeszcze jedno zdjęcie i idziemy”.

Jest też fotobudka 360, czyli przypomnienie, że żyjemy jednak w roku 2025, a nie w jakiejś baśniowej Nibylandii. Człowiek staje na platformie, kamera robi wokół niego obroty, a potem nagle okazuje się, że zamiast spokojnego jarmarkowego spaceru ma się materiał na teledysk.

Katowice od kilku lat konsekwentnie budują wizerunek jednego z najciekawszych jarmarków w Polsce – i trzeba przyznać, że to działa. W rankingach rodzinnych atrakcji miasto pojawia się obok „klasyków” typu Wrocław czy Kraków, właśnie dzięki temu miksowi świateł, atrakcji i rozbudowanej strefy gastro.

Lodowisko: najlepsza terapia na świąteczne przejedzenie

Ci, którzy przychodzą „tylko popatrzeć”, zwykle kończą z kubkiem czegoś gorącego w dłoni i czymś smażonym lub pieczonym w drugiej. Na szczęście miasto jak co roku dorzuca alibi w postaci lodowiska przy rynku – około 400 m² ślizgawki, na którą wejście jest darmowe, jeśli ma się własne łyżwy.

To jest ten moment, kiedy można sobie powiedzieć: „tak, zjadłem churrosa, oscypka, pieroga gigant i popiłem to wszystko grzańcem, ale potem przecież JEŹDZIŁEM NA ŁYŻWACH, więc jesteśmy kwita”.

Lodowisko działa codziennie mniej więcej od 9 do 21, a wypożyczalnia łyżew – od południa w tygodniu i od 10:00 w weekendy, więc każdy znajdzie porę, żeby zaliczyć kilka mniej lub bardziej kontrolowanych okrążeń.

Godziny otwarcia, czyli świąteczna logistyka

Rzecz mniej romantyczna, ale kluczowa, jeśli nie chcemy odbić się od zamkniętych budek. Tegoroczny jarmark działa:

  • 21.11.2025 – 6.01.2026

  • Pon–czw: 10:00–20:00

  • Pt–niedz: 10:00–21:00

  • Strefa gastronomiczna: do 22:00 (a niektóre punkty nawet dłużej).

To nie jest już weekendowa atrakcja, tylko stały element miejskiego krajobrazu – w drodze z pracy można „tylko na chwilkę” wpaść po coś ciepłego, co dziwnym trafem kończy się powrotem do domu z piernikami, świecą, której nie potrzebujemy, i serduszkiem z drewna z napisem „Home”.

Zapach grzańca, dźwięk saksofonu

Siłą katowickiego jarmarku jest też scena. W programie przewijają się koncerty, występy lokalnych zespołów, parada mażoretek, teatr ognia, prezentacje zespołów dziecięcych z naszego regionu .

To jest ten moment, kiedy miasto naprawdę żyje: dzieci tańczą przy kolędach w nowoczesnych aranżacjach, ktoś podśpiewuje pod nosem „Last Christmas”, ktoś inny przewraca oczami, ale i tak nuci.

I gdzieś pomiędzy jednym stoiskiem a drugim rozlega się saksofon na żywo – nagle jarmark zamienia się na chwilę w mały festiwal muzyczny, tylko zamiast food trucków mamy drewniane budki z kiełbasą i wege pasztecikami.

Ceny, czyli święta w czasach inflacji

Nie ma co udawać – jarmark to nie jest miejsce, gdzie człowiek idzie „oszczędzać”. Oscypek z żurawiną, grzaniec w ozdobnym kubku, rękodzieło z lokalnych pracowni – wszystko to ma swoje ceny, często adekwatne do klimatu bardziej niż do grubości portfela.

Ale jest też druga strona medalu: można tu znaleźć naprawdę porządne rzeczy – od ręcznie robionych ozdób, przez lokalne przysmaki, po produkty, które nie krzyczą wielkim logo sieciówki. A jeśli ktoś naprawdę chce tylko „poczuć atmosferę”, nikt nie zmusza do kupowania czegokolwiek poza jednym kubkiem herbaty z pomarańczą.

Śląski charakter świąt

To, co w katowickim jarmarku szczególnie uderza, to śląski kontekst. W muzyce, w nazwach zespołów, w gwarze przemykającej między budkami jest coś bardzo lokalnego. Tu „jarmark” to nie jest kopiuj-wklej z pocztówki z Zachodu, tylko własna wersja świątecznej opowieści – z góralską kapelą, śląską bajarką i kolędowaniem, które brzmi trochę inaczej niż w radiu.

W tym całym świątecznym zamieszaniu jest coś jeszcze: ludzie naprawdę się tu spotykają. Nie na Teamsach, nie na Zoomie, tylko „na rynku, przy młynie, koło karuzeli”. To prosty, a jednak coraz rzadszy luksus.

Po co nam ten cały jarmark?

Można oczywiście narzekać: że tłumy, że ceny, że plastikowe aniołki i głośna muzyka. Że „kiedyś to było inaczej”. I pewnie każdy znajdzie w tym wszystkim coś, co go trochę drażni.

Ale gdy się tak przejdzie od Mega Młyna, przez lodowisko, obok światełek, sanek, reniferów i budek z gorącą czekoladą, to człowiek zaczyna rozumieć, o co w tym chodzi. Nie o to, żeby zrobić idealne święta „jak z reklamy”, tylko żeby przez chwilę było bardziej – jaśniej, głośniej, pachnącej, trochę przesadnie. Żeby w środku zimy miasto wyglądało, jakby mu się po prostu chciało.

Katowicki jarmark jest właśnie taki: trochę przerysowany, momentami kiczowaty, na pewno komercyjny – ale jednocześnie ciepły, swojski i bardzo nasz. Taki, na który wraca się „tylko na moment”, a potem dziwnym trafem spędza się tam pół wieczoru.

I może właśnie to jest najlepszy świąteczny cud, na jaki możemy liczyć w środku miasta.

 
 
 

Komentarze


Dołącz do newslettera

Nasze butiki

​● ul. Władysława Jagiełły 15h

41-106 Siemianowice Śląskie

ul. Śląska 4

41-100 Siemianowice Śląskie (otwarcie wkrótce)

Właścicielem sklepu internetowego butik MAŁA CZARNA jest:
 

AMB Agnieszka Michalik-Blocher
ul. Śląska 4
41-100 Siemianowice Śląskie
NIP 643-162-94-96
REGON 367392665

 

Adres korespondencyjny sklepu internetowego:
 

AMB Agnieszka Michalik-Blocher

ul. Śląska 4
41-100 Siemianowice Śląskie

​​

Pozostałe dane kontaktowe:
adres e–mail: twojbutikmc@gmail.com
numer telefonu kontaktowego:
(+48) 604 655 709 (pn-pt 10:00 - 15:00)

Numer rachunku bankowego sklepu internetowego:

41 1050 1357 1000 0092 4217 4366

 

Napisz do nas!

Butik Mała Czarna – nowoczesna moda damska, limitowane kolekcje i starannie wyselekcjonowane marki polskie, włoskie i francuskie.

© 2025 by Mała Czarna

bottom of page